Mam 10 lat. Moją ulubioną rozrywką po szkole jest gra w gumę z dziewczynami z klatki obok, zamiennie z przeskakiwaniem przez kabel. W obu tych dziedzinach jestem naprawdę dobra - nie mam sobie równych, gdy pomykamy w trójkąta. Nawet z topornymi drewniakami na nogach święcę triumfy. Kiedy na podwórko zejdą się również koledzy, odpalamy Dwa Ognie. Na krótką chwilę zapominamy, że chłopaki są durne i fe - w zmaganiach sportowych tworzymy jedną zgraną drużynę, poza polem gry, nasze drogi wybitnie się rozchodzą, choć wtedy nie zdajemy sobie jeszcze sprawy, że na zupełnie niedługo.

Kiedy mam lat 12 zostaję szkolną cheerleaderką i jeśli w waszych głowach właśnie pojawił się obraz pięknej, długonogiej nastolatki z wyzywającym dekoltem, proszę porzućcie go niezwłocznie. Drużyna pomponiar w naszej szkole miała tyle wspólnego z seksapilem, co student z pieniędzmi. W tamtym momencie od wyzywającej prezencji istotniejsza była możliwość korzystania z szatni sąsiadującej z przebieralnią największych gierojów w szkole, członków drużyny koszykarskiej. Niektóre z nas miały już pierwszy biust, inne jeszcze go nie miały (co nie przeszkadzało wcale w noszeniu pod koszulką stanika z rozmiarem zero) - ale bez względu na predyspozycje fizyczne, sport jawił się jako furtka otwierająca bardzo obiecujące wrota. Nie wypadało nie lubić jeździć na rowerze, czy być nogą z kosza. Każdy, powtarzam, każdy z nas potrafił robić najdziwniejsze fikołki na trzepaku, a zabawa w ganianego utwierdzała nas tylko w przekonaniu, że warto dbać o tężyznę fizyczną.

W wieku 16 lat lekcje WF-u kojarzą mi się z największą niesprawiedliwością tego świata. Mam gdzieś ruch i zdrowie, wolę być garbata, niż łamać sobie paznokcie na piłce do siatki. Takie podejście miało mi już towarzyszyć do końca życia (w końcu na studiach, byle tylko nie ćwiczyć, jako przedmiot do zaliczenia wybrałam turystykę górską - dwa wyjazdy i człowiek miał z głowy cały semestr). W późniejszym, dorosłym życiu, jak ognia unikałam wszelkich zajęć, które nieświeżym potem mogłyby skalać moje muślinowe bluzki.

Wtem sport i zajęcia fizyczne zaczęły być po prostu modne!

Zaraz po tym, jak Polska przestała tańczyć i śpiewać na lodzie oraz robić zakupy w sklepach sieciowych, pokochała zdrowe odżywianie oraz bycie fit. Nie wiem, jakim cudem tym wszystkim wirtualnym trenerkom udaje się skłonić przeciętnego obywatela naszego kraju do założenia obcisłych legginsów i pocenia się trzy razy w tygodniu przed monitorem własnego komputera, ale doprawdy, efekt jest godny podziwu. Dziś już nikt nie chce mieć opony na brzuchu ni zwisających pośladków. Już nie w dobrym tonie są zakupy w wielkopowierzchniowych marketach spożywczych. Od teraz liczą się tylko małe eco friendly warzywniaki, w których można kupić topinambur oraz cykorię. I co z tego, że jeszcze pół roku temu większość fitzapaleńców nie miała pojęcia, czym w ogóle jest jarmuż? Kolorowe koktajle i owsianka z owocami zbierają najwięcej lajków na Instagramie, podobnie jak zdjęcie wyrzeźbionego ciała, a takie wskazówki się ceni.

Rodacy masowo zaczęli chodzić na siłownie. Kobiety każdego koloru skóry i wyznania dokonały apostazji i przeniosły swoją wiarę do fitness guru promowanych w mediach. A ja razem z nimi.

Zaczęło się niepozornie: od wieczornych schadzek z Mel B w moim salonie. Na nieco wytartym już, wiekowym dywanie rozpościerałam niebieską matę do ćwiczeń, na tyłek przywdziewałam elastyczne legginsy i dawaj dalej! Brzuch, pośladki, ABS? A może rozciąganie mięśni nóg i kręgosłupa? Na początku traktowałam to jako zabawę, ot - specyficzny relaks przed zaśnięciem, który z dnia na dzień wciągał mnie coraz bardziej. Kiedy w jeden weekend z powodu hulanek na mieście odpuściłam trening, czegoś mi brakowało. W taki oto sposób dałam się wciągnąć w machinę bycia fit, którą kilka tygodni temu wyśmiewałam głośno razem z koleżankami. Skutki uboczne? Zdecydowanie smuklejsza sylwetka, energia towarzysząca od rana do wieczora i w końcu brak wyrzutów sumienia, kiedy moja dłoń ochoczo sięgała w sklepie do półki z pączkami.

Muszę przyznać, że początkowa niechęć do tego całego boomu na zdrowe odżywianie i sport (w końcu nie lubię robić tego, co wszyscy) przerodziła się w prawdziwą pasję - wystarczyło jedynie znaleźć swoją własną drogę i własne tempo. No i jest jeszcze jeden plus mody na fit przekąski - nasiona chia przestały być traktowane jako egzotyczne i można je już dostać za przyzwoite pieniądze w większości spożywczaków.

Niech żyją masowe trendy! (I kto by pomyślał, że kiedykolwiek to napiszę?).

Chujowa Pani Domu

Author: Chujowa Pani Domu

Nazywam się Magdalena Kostyszyn, mam 29 lat, aktualnie mieszkam we Wrocławiu, choć od czasu do czasu ciągnie mnie tu i tam. Jestem absolwentką filologii polskiej (specjalizacja filmoznawczo-teatrologiczna) oraz dziennikarstwa, od sześciu lat pracuję w branży PR. Lubię dobrą literaturę, taką co to chwyta za rękę i zachęca, by spędzić z nią upojną noc; seriale – dla nich łamię wszystkie zasady humanitarnego spędzania wolnego czasu; podróże – te małe i te duże oraz spacery z psem. W niektórych kręgach znana jestem jako autorka profilu Chujowa Pani Domu. Poza tym trochę przeklinam, nie noszę piżamy i prawdopodobnie namieszam ci w głowie. https://www.facebook.com/ChujowaPaniDomu/

zobacz artykuły