Rabat na obiad za dobre zachowanie dziecka w restauracji? Tak nagrodził swoich gości właściciel jednego z lokali we włoskiej Padwie. Rodzina zapłaciła niższy rachunek, bo restaurator docenił to, że maluchy przy stole były grzeczne i bez problemu zjadły posiłek.

5 procentową zniżkę Włoch opisał na paragonie jako rabat dla dobrze wychowanych dzieci. Antonio Ferrari zapowiedział też, że z takiej promocji skorzystać mogą także inne równie spokojnie spędzające czas w jego lokalu rodziny. Doświadczony restaurator wie, jakim wyzwaniem dla rodziców i dzieci może być posiłek poza domem, więc rzuca wyzwanie.

Cierpliwość nie jest najmocniejszą stroną maluchów. Wpadają w histerię z powodu marchewki, która pojawi się na talerzu albo potrafią zrobić awanturę, gdy zabraknie soku pomarańczowego. Czasami to wyłącznie sprawa manier, zdarzają się jednak sytuacje nieprzewidywalne, które sprawiają, że rodzice mają ochotę schować się pod stół albo nakryć ściąganym właśnie przez ich dzieci obrusem. Czy aby tego uniknąć do czasu aż pociecha nie skończy 18 lat należy jeść tylko w domowej kuchni?

Dziecko (nie)proszony gość

Jako mama dwójki dzieci rzucam sobie oraz rodzinie wyzwanie i wpisuję się w najnowsze statystyki, które mówią, że co drugi Polak stołuje się w restauracji. Robi to, jak zdradza w badaniach, dla wygody i by uczcić jakąś rodzinną okazję. Ja z dziećmi poza domem jem głównie w weekendy i staram się wybrać takie miejsca, w których mają przynajmniej fotelik do karmienia najmłodszych. To znacznie ogranicza ryzyko sytuacji podbramkowych.

W torbie niosę kolorowanki i kredki, a na dzień dobry zamawiam przekąskę, którą mogę wręczyć dzieciom do ręki. One podgryzają, a my analizujemy menu. Dopełnieniem ideału jest kącik dla maluchów, przyjemny ukłon w stronę rodziców i moim zdaniem jeden z kluczowych powodów, dla których oni wybierają akurat to miejsce. Taki gest to komunikat z wyraźnym zaproszeniem i sugestią, że najmłodsi klienci też są w tym lokalu mile widziani.

Jeśli w restauracji nie ma ułatwień dla dzieci, brakuje przewijaka, kawałka kartki z nawet połamanym flamastrem, jest dla mnie jasne, że lepiej będzie, gdy wpadnę tam na romantyczną randkę albo biznesową kolację. Nie mam pretensji, bo choć kocham swoje dzieci miłością absolutną i jestem w stanie rozgrzeszyć każde ich zachowanie, nie wymagam tego od osób postronnych. Mało tego, sama chwytam łapczywie momenty jedzenia bez ich towarzystwa, rozkoszowania się ciszą i nieśpiesznym delektowaniem efektami pracy szefa kuchni, który stawia przede mną puree z batatów i flambirowaną gęś.

Pielucha pachnąca fiołkami

Gdy więc słyszę, że dziecko to skarb narodowy i wymaga szczególnego traktowania oraz wyrozumiałości, zgłaszam protest. Przynajmniej w sprawie wizyt w restauracji. To, że mój syn będzie bawił się wyśmienicie plując znudzony zupą, nie oznacza, że takie same poczucie humoru mają pozostali goście. I to nie mały ma problem, a ja, jako jego dorosły opiekun. Ja jestem odpowiedzialna za organizowanie mu czasu i rozrywek. Jemu, a nie wszystkim uczestniczącym przez przypadek w naszych tymczasowych zabawach klientom.

Wiem, że wizyta w restauracji dla wielu wciąż jest atrakcją i nie mam prawa psuć jej tylko dlatego, że dzięki moim dzieciom jakoś kręci się PKB. Nie podobają mi się roszczeniowe postawy rodziców zaciekle walczących o prawo do zmieniania pieluchy przy stoliku, na których stygną właśnie stek i chipsy z jarmużu. To brak szacunku dla sąsiadów przy stoliku obok, ale też dla dziecka.

Wszystko jest dla ludzi, to fakt, ale trzeba dokonywać pewnych wyborów. Jeśli chcę spędzić urocze rodzinne popołudnie decyduję się na miejsce, w którym nam wszystkim będzie przyjemnie. Coraz więcej powstaje miejsc zapraszających do siebie najmłodszych klientów. Są restauracje, w których rodzice mogą nieśpiesznie pić kolejną kawę, bo dziecko przy stoliku obok pod okiem fachowej opiekunki uczy się piec muffiny. Trafiłam do takich, gdzie najmłodsi dostają deser gratis. Bywam tam, gdzie są huśtawki, kolorowe maty i mnóstwo pluszaków. Tam zwiększona tolerancja dla dziecięcych zachowań jest wpisana w menu, więc polecam szukać takich lokali. Dla komfortu swojego, dziecka i innych.

Sylwia Majcher

Author: Sylwia Majcher

dziennikarka, blogerka i mama, której dzieci najbardziej lubią czarne oliwki i hummus. Absolwentka wielu kursów kulinarnych w Polsce i za granicą oraz studiów podyplomowych związanych z żywnością na warszawskiej SGGW. Kolekcjonuje książki kucharskie i przepisy z całego świata oraz kulinarne wspomnienia z podróży. W nowych miejscach zamiast muzeów odwiedza lokalne targowiska. Gotuje sezonowo, choć lubi smakowe eksperymenty. Swoimi przepisami dzieli się na blogu: kuchniawformie.pl

zobacz artykuły