Fuerteventura w grudniu. Słońce nieśmiało przebija się zza chmur, wiatr kaprysi i nie może się zdecydować, jaką skalę osiągnie. Termometr, jak zawsze zimą na Wyspach Kanaryjskich przez cały dzień nie pokaże więcej niż 20 stopni. W dziecięcym basenie przy hotelu jednak tłum. Choć woda nie jest podgrzewana, maluchy nie protestują. Organizują zawody na zjeżdżalni i wyścigi gumowych łódek. Dress code basenowy, czyli strój, spodenki, jeśli młodsze dziecko to wystarcza pielucha. Słychać przekrzykiwania po angielsku i szwedzku. Żadnego słowa po polsku, choć obsługa mówi, że prawie połowa gości na urlop przyleciała z Warszawy. Polskie dzieci da się jednak zauważyć, są ubrane w długie spodnie, bluzy i koniecznie czapki chroniące przed wiatrem. W basenie ani morzu nie wykąpią się ani razu w czasie tygodniowych wakacji. Ekstrawagancją będzie jeśli zmoczą nogi. Bez skarpetek.

Mamy jakąś obsesję z ubieraniem dzieci na cebulę i ochroną przed chłodem. Zupełnie inaczej niż w miejscach naprawdę zimnych. W przedszkolu w Edynburgu, gdzie pada częściej niż w Polsce, dzieci codziennie co najmniej godzinę spędzają na dworze. Na zewnątrz, bez względu na pogodę wystawiane są nawet maluchy w wózkach. A wiatr w Szkocji potrafi zaszaleć. Hartowanie przynosi efekt. Syn mojej koleżanki w ogóle nie chorował. Pierwszy antybiotyk dostał po powrocie do Polski, gdy miał cztery lata. W kraju zimę spędzał głównie w przedszkolnej sali zabaw. Jeśli padał deszcz albo śnieg, nikomu nie przychodził do głowy pomysł, by ciągnąć przedszkolaki na spacer.

Pogoda dla dzieci

W mroźnej Szwecji dzieci spędzające całe dnie na dworze w porozpinanych kurtach i z gołą głową, nikogo nie dziwią. Niemowlaki bez czapek, o które w Polsce dopominają się nawet postronne osoby, to tam standard. Podobnie, jak pożądana samodzielność. Dwuletnie przedszkolaki same zakładają buty i kurtki. Szwedzkie placówki urządzone są ascetycznie. Na półkach nie piętrzą się nowoczesne zabawki. Opiekunowie stawiają na kreatywność dzieci i kontakt z naturą. Dzieci wchodzą na drzewa, na stoły, drabiny, dorośli nie reagują, a nawet zachęcają do odważnego eksplorowania otoczenia.

Dziecięca inwencja ceniona jest także na Wyspach Brytyjskich. Na zajęciach dzieci zamiast grających, świecących czy jeżdżących gadżetów dostają pudełka po kosmetykach, z których robią potem tunele dla aut. W ten sposób rozwijają wyobraźnię. Po skończonej zabawie wszystkie sprzątają bałagan i czekają na podwieczorek. Opiekunki rozdają im owoce. Zawsze dziecko może wybrać jeden z dwóch, które przynosi ciocia. Decyzję dotyczącą tego, który woli, musi podjąć samodzielnie. To zdaniem psychologów świetna lekcja budowania poczucia własnej wartości, którą z sukcesem może odrabiać już kilkulatek.

Dziecko na plecach

Edukację z życiowej ekonomii dość wcześnie zaczynają mali mieszkańcy Ameryki Południowej, szczególnie ci, którzy mieszkają w jej najbiedniejszych regionach. Niemal od urodzenia uczestniczą w rodzinnym biznesie. W San Cristobal de las Casas na południu Meksyku widziałam dzieci towarzyszące rodzicom, którzy na nocnych jarmarkach sprzedają szyte przez siebie torebki, chusty czy biżuterię. Ułożone na kocach maluchy zasypiają tam bez problemu, niewzruszone głosami targujących się turystów.

Dla ubogiej meksykańskiej mamy, naturalne jest, by syna czy córkę mieć zawsze blisko siebie. Kobiety w Ameryce Południowej rzadko używają wózków, a by było wygodniej wkładają dzieci w chusty, które, jak tobołki zawiązują sobie na plecach. Maluchy czują się bezpiecznie, są spokojne i rzadko marudzą. W Polsce noszenie w chustach staje się coraz popularniejsze, ale nie brakuje krytyków tej metody. W Niemczech widok dziecka w chuście czy nosidełku nie zaskakuje. Z taką samą rodzicielską dumą nosi i mama i tata.

U naszych sąsiadów bowiem od pewnego czasu trwa moda na wychowanie w nurcie eko. Widać to szczególnie w dużych miastach, gdzie w każdym sklepie dostępne są i często wybierane wielorazowe pieluszki, ekologiczne kosmetyki i zabawki. Dzieci uczy się szacunku do rzeczy, wiedzą, że rodzice nie będą wydawali pieniędzy na niepotrzebne gadżety. Popularne są za to zakupy używanych zabawek i ubranek. Na pchlich targach czy osiedlowych wyprzedażach dzieci same handlują niepotrzebnymi rzeczami, z których wyrosły i takimi którymi już się nie bawią.

Nocne życie dziecka

Zabawa dzieci z południowej Europy nie kończy się po zmierzchu. Znajomym rodzicom z Rzymu czy Madrytu trudno uwierzyć, gdy słyszą, że moje dzieci około 19.00 są już w łóżku. Cisza nocna dzieci z Włoch i Hiszpanii zaczyna się po kolacji, a ponieważ ta jest jedzona późno i to w restauracji, dzień najmłodszych znacząco się wydłuża. Kilkulatek zawsze jest mile widzianym gościem we włoskiej trattorii, rzadko dostaje osobne menu, wybiera posiłek z dań dostępnych w karcie. Z zazdrością można obserwować niezwykły spektakl, gdy samodzielnie i z gracją na widelcu makaron kręcą już trzylatki.

Dzieci we Włoszech i Hiszpanii zawsze robią furorę, a traktowane są z szacunkiem. Nikt się nie oburza się, jeśli głośno się zachowują, bo sami południowcy lubią żywo gestykulować, śmiać się i mówić podniesionym tonem. Rodzice, gdy wybierają się do restauracji nie mają dylematu, skąd wziąć opiekunkę i ile jej zapłacić. Decydują się na najprostsze rozwiązanie - zabierają dzieci ze sobą.

Dziecko w pracy

W kwestiach otwartości ekspertami są szwedzkie dzieci. Do wszystkich dorosłych, również do rodziców - mówią na ty. Nie powinny być karane. Wiedzą, że mogą poinformować o niestosownym – ich zdaniem - zachowaniu dorosłych, policję. Zdarza się, że na komisariat dzwonią kilkulatki oburzone tym, że rodzice chcą by poszły spać do swojego pokoju.

Odwagi nie brakuje też japońskim dzieciom, które rzucane są na głęboką wodę. W Tokio, mieście, w którym jest najwięcej na świecie mieszkańców, normalny jest widok kilkulatków samotnie podróżujących metrem. Rodzice z premedytacja włączają dziecko w wir żywiołowego centrum, by potrafiło odnaleźć się w trudnych warunkach. Te dzieci nie mogą liczyć na opiekę dziadków, bo oni na wygodnej finansowo emeryturze podróżują po świecie.

Mali Japończycy spędzają jednak sporo czasu z rodzicami. W wielu firmach są przedszkola albo pokoje zabaw. Pracująca po 14 godzin dziennie mama może w wolnej chwili spotkać się ze swoim dzieckiem, które przebywa tuż za ścianą. Koreańscy rodzice za to usiłują zaprogramować karierę swojej pociechy. Od początku stawiają na jej rozwój i dodatkowe zajęcia. Angielski i drugi język obcy to minimum. Koreańczycy są pochłonięci myślą, by ich dziecko było co najmniej absolwentem Harvardu.

Kim będzie mały mieszkaniec Mongolii, tego jego rodzice długo nie wiedzą. Ale nie w sensie edukacji, a seksualnym. Dzieci po urodzeniu wychowywane są tam bez płciowej tożsamości Nikogo więc nie dziwi mały chłopiec w różowej spódniczce i wstążkach we włosach. Mongołowie uważają, że dziecko do 3 roku życia nie ma duszy, a bez niej brak mu seksualnej osobowości. Tak samo są więc tratowane dziewczynki i chłopcy. Na Sir Lance można spotkać kilkuletnich chłopców w spódniczkach. To dla nich element szkolnego mundurka, nie mający stereotypowego wpływu na samopoczucie ucznia. Choć w tym kraju role są zdecydowanie rozdzielone, w sprawach dziecięcej garderoby nie obowiązują żadne reguły.

Nie wszystkie zasady wychowania dzieci mogą nam się podobać. Podróż przez rodzicielskie normy w różnych krajach pokazuje, że nie ma jedynej słusznej drogi. Uniwersalna jest natomiast miłość do dziecka i tolerancja dla rodziców, którzy są inni niż, ci najbliżej nas.

Sylwia Majcher

Author: Sylwia Majcher

dziennikarka, blogerka i mama, której dzieci najbardziej lubią czarne oliwki i hummus. Absolwentka wielu kursów kulinarnych w Polsce i za granicą oraz studiów podyplomowych związanych z żywnością na warszawskiej SGGW. Kolekcjonuje książki kucharskie i przepisy z całego świata oraz kulinarne wspomnienia z podróży. W nowych miejscach zamiast muzeów odwiedza lokalne targowiska. Gotuje sezonowo, choć lubi smakowe eksperymenty. Swoimi przepisami dzieli się na blogu: kuchniawformie.pl

zobacz artykuły