Zero waste ma mocne wejście w tym roku, coraz więcej hasztagów na Instagramie i okładki w gazetach. Idea życia, w którym jest miejsce na planowane świadome zakupy, niewyrzucanie jedzenia i ograniczanie śmieci zyskuje kolejnych fanów, co widać w statystykach informujących o zainteresowaniu tematem. Zero waste, choć brzmi bardzo modnie i z dumą wkracza na salony ma jednak dość odległy rodowód. Już bowiem nasze babcie były prekursorkami takiego stylu życia i miały genialne patenty na domowy recykling.

Oczywiście, że babcine zero waste wymuszały okoliczności. Brak sklepów wypełnionych towarem po brzegi i mało gotówki w sfatygowanej portmonetce. W ich rzeczywistości dominował szary papier, szklane butelki i dziergane szydełkiem siatki z dziurami. Niewiele rzeczy się wyrzucało, zdecydowanie więcej obdarowywało drugim życiem. Sama pamiętam kolekcje z kapsli od butelek z mlekiem albo sreberek ściąganych z czekolady. To gwarantowało szał absolutny, ubarwiający dziecięcy świat. Słowo „jednorazowy” było totalnie obce, ceniło się za to twórczą inwencję. Życie w rytmie zero waste toczyło się dość naturalnie, jego scenarzyści nie domagali się braw i uznania.

Dziś, gdy zero waste przeżywa renesans mamy źródło, z którego można śmiało i obficie czerpać. Zrobiłam więc dla Was i dla siebie też listę rzeczy i praktyk, które sprawdzały się u naszych babć i na pewno przydadzą się i teraz. Pewne tematy wcale się nie starzeją.

Siatka na zakupy

Wprowadzenie na początku tego roku opłat za reklamówki nieco wymusiło zmiany i sporo osób zaczęło przychodzić po zakupy ze swoimi torbami, ale i tak wciąż daleko nam do babci, dla której koszyk czy szmaciana albo wełniana torba były normą. Liczę na to, że niebawem po prostu nie będzie wypadało upychać marchewki i chleba do plastikowych woreczków, a każdy z nas będzie miał w domu kolekcję bawełnianych siatek, które wyprą skutecznie niewdzięczne jednorazówki. Najbardziej kreatywni mogą zrobić torbę ze starej koszulki, którą zadadzą szyku. Zresztą takie recyklingowe opakowania już są w cenie. Kto wie, jak je zrobić, ma niezły fach ręku.

Szklane butelki

Mleko w kartonie kiedyś nie istniało, mleczarz w środku nocy przemierzał miasto, żeby postawić butelkę przed naszymi drzwiami i zabrać te pozostawione na wymianę. Nic się nie marnowało, butelka wracała do życia, można było oddać ją w skupie i zarobić na kolejną lemoniadę. Teraz pani w sklepie grymasi, żąda dowodu zakupu i jakoś nie chce w recyklingowej sprawie współpracować. Ale jest też światełko w tunelu, pierwsze firmy wypuszczają na rynek napoje w szklanych opakowaniach, bez problemu można kupić w normalnej cenie mleko w szkle, z wodą gorzej, ale tę za to można pić z kranu.

Woda z kranu

W sklepach nie było niegazowanej wody, ewentualnie taka z bąbelkami, w szklanej butelce oczywiście. W szklance dominowała kranówka, w razie wątpliwości przegotowana. Obecnie w większości miast woda spełnia wymogi bezpiecznego użycia bez obróbki, kto jeszcze ma obawy, może ją filtrować w specjalnym dzbanku. To znacznie tańsze i sprzyjające naturze niż kupowanie zgrzewek w plastiku.

Makulatura

Gazety, niepotrzebny papier i karton u babci nie trafiały do śmietnika, a do skupu makulatury. Dziś takich miejsc brakuje, czasem w przedszkolu mojej córki organizowany jest konkurs, w którym makulatura jest bohaterem. Poza tym mało kogo papiery interesują, a przecież mogą się wciąż przydać. Babcia wygładzała torebki po mące i cukrze, by potem pakować w nie kanapki dzieciom do szkoły.

Worki na śmieci

Babcia zamiast worka do kubła używała… gazety. Wyściełała nią wiaderko i jakoś sprawnie system działał, gazeta chłonęła wilgoć śmieci. Dziś królują jednorazowe foliówki pochłaniające nieprzyjemne zapachy. Za to bardziej segregujemy śmieci i to się zdecydowanie chwali.

Ściereczka

Wyobraźcie sobie życie bez ręczników papierowych. Ono naprawdę istniało i wcale nie było skomplikowane. Wiem, co mówię, bo sama porządnie ograniczyłam ich zużycie korzystając z kolekcji bawełnianych ściereczek. W efekcie mój kubeł zapełnia się wolniej, a ściereczki oprócz roli użytkowej, spełniają też tę dekoracyjną. Powrót do ich wykorzystywania polecam, bo zaoszczędzić można nie tylko miejsce, ale i całkiem sporo pieniędzy.

Naczynia

Czy babcia miała opakowanie na wynos? Ależ oczywiście. Słoik. Poczciwy, dobrze zakręcony, wypełniony smakołykami. Dziś przyniesienie obiadu do pracy w słoiku może jeszcze wzbudzać drwinę, ale tylko u nieświadomych ekologicznie kolegów. Słoik bowiem wraca do łask, w nim zupę serwują modne restauracje, więc do tego trendu warto dołączyć, zamiast pakować posiłek do styropianowych pudełek. Pierwsze lokale rezygnują już z plastikowych sztućców i opakowań, stawiają veto słomkom, których nasze babcie nie miały i wcale nad tym nie ubolewały.

Z własnym kubkiem

W podróż z termosem i jajkiem na twardo. Taka była babcina klasyka. Dziś kawę można mieć we własnym kubku, stylowym, dopasowanym do potrzeb. Z nim jest szansa na zniżkę za porcję kofeiny w wielu kawiarniach i na stacjach benzynowych. To jedna z przyjemniejszych wojen wypowiedzianych śmieciom. Babcia była by dumna i sama chętnie zadała szyku w ulubionej kawiarni.

Do naprawy i wymiany

Cerowanie, łatanie i naprawianie u babci było normą. Mało kto co sezon wymieniał garderobę, a jak coś się psuło trafiało w ręce fachowca. Dziś dobrzy są w cenie, kawiarenki naprawcze nieśmiało otwierają się cyklicznie w dużych miastach i zyskują fanów, dziewczyny z korporacji organizują wymiany ubrań i torebek oraz zaglądają do lumpeksów. Widać zmianę, choć do stylu babci wciąż daleko.

Zgodnie z planem i rytmem natury

W grudniu babcia robiła obiad z warzyw korzeniowych i pasteryzowanych pomidorów. Sałatę jadała latem, kapustę jesienią kisiła w beczce, do obiadu na święta podawała kompot. Miała plan na cały rok, do sklepu chodziła z listą zakupów, jadłospis tworzyła na kilka dni. Jakie to było ułatwienie. Mniej pokus, więcej rozsądku. Szacunku do przyrody, tych, którzy zbierają jej plony i ciężko zarobionych pieniędzy.

Do ostatniego okruszka

Babcia była mistrzynią kulinarnej kreacji. Nie widziała sensu w marnowaniu, dostrzegała potencjał resztek. Do wody po ugotowaniu fasolki dodawała koncentrat pomidorowy, garść koperku i kilka ziemniaków. Czasem zaprawiła śmietaną lub zagęściła mąką i miała gotową recyklingową zupę. Z czerstwego pieczywa robiła leguminę, a wyschnięte ciasto zmieniała w bajaderkę. Warto czerpać z tych inspiracji, dostrzegać moc nieidealnych składników i przede wszystkim nie wyrzucać. Statystyki są bulwersujące. Do kosza przeciętnego Polaka trafia co miesiąc około czterech kilogramów jedzenia.

Kompostownik

Kiedyś na wsi był normą, a dziś może stać dumnie na miejskim balkonie. Niewielki rozmiarowo jest bezpieczny i bardzo ułatwia radzenie sobie z jedzeniowymi pozostałościami. Jego prowadzenie to pestka, choć pestki też się mogą przydać, na przykład do nastawienia nalewek, a z obierek może powstać pyszna lemoniada.

Być jak babcia, to może być słuszne hasło w kampanii promującej zero waste. Nie trzeba bowiem szukać wzorów daleko, są w kuchni obok, w domowych historiach, wystarczy je po prostu odtworzyć u siebie. Zero waste nie ma być przecież sezonową modą, a sposobem na życie. Nasze babcie były mistrzyniami w tej sprawie, śmiało możemy korzystać z ich doświadczeń!

Sylwia Majcher

Author: Sylwia Majcher

dziennikarka, blogerka i mama, której dzieci najbardziej lubią czarne oliwki i hummus. Absolwentka wielu kursów kulinarnych w Polsce i za granicą oraz studiów podyplomowych związanych z żywnością na warszawskiej SGGW. Kolekcjonuje książki kucharskie i przepisy z całego świata oraz kulinarne wspomnienia z podróży. W nowych miejscach zamiast muzeów odwiedza lokalne targowiska. Gotuje sezonowo, choć lubi smakowe eksperymenty. Swoimi przepisami dzieli się na blogu: kuchniawformie.pl

zobacz artykuły